Bernard gdzieś mi zniknął z pola widzenia.
Dwa dni go nie widziałem.
Zaczęło mi go brakować. Martwię się.
Różne myśli chodzą mi po głowie. Wyjechał może do siostry albo co najgorsze zmienił swoją trasę i zaczął chodzić teraz tylko w lewo.
Tak bardzo był podenerwowany, gdy mi to tydzień temu oznajmił.
Zrozumiałem z tego tylko tyle, że na prawo jest samo zło. Nie za bardzo połapałem się wtedy w tych jego wywodach, ale dzisiaj, gdy to wszystko posklejałem do kupy i zrozumiałem, co go tak denerwuje i czemu podjął taką decyzję.
Polska prawica go wkurza. Nawet on, tak zazwyczaj spokojny człowiek zauważył wreszcie, że żył przez te ostatnie osiem lat w XIX wieku.
Dość długo mi to tłumaczył, a przy tym mówił z takim przejęciem o swoim odkryciu, jakby odkrył istnienie UFO.
Ważne, że dotarło! Jest jednak szansa, aby jemu podobni też to zauważyli.
Idąc na spacer, spotkałem po drodze jego sąsiadkę. Spytałem tak od niechcenia z uśmiechem na twarzy, czy ona go przypadkiem nie widziała.
Wczoraj do późna światło się u niego paliło, a dzisiaj, gdy przechodziła koło jego domu, poprosił ją, by mu czosnek kupiła, taką dostałem odpowiedź.
Uradowany, że żyje, a że jest chory, no trudno, postanowiłem się czegoś szczegółowo dowiedzieć.
Skierowałem kroki pod jego okna i zapukałem w szybę.
Jego fioletowy nos, kaszel, twarz, jakby na czerwono pomalowana od razu mi powiedziała, co jest grane.
Zachrypniętym głosem opowiedział, co go boli i ile ma gorączki. Zapytałem, co mu lekarz przepisał.
Dawno go tak podnieconego nie widziałem. Mówił do mnie przez zamknięte okno bez jakiejkolwiek składni. To nawet nie była mowa, to był bełkot.
Zrozumiałem z tego tylko to, że nie był u lekarza, bo jest bardzo chory.

Wszystkie reakcje: