Bernard mi opowiadał, jakiego kiedyś miał pecha.
Obudził się tego dnia dość późno.
W trakcie mycia zabrakło wody w prysznicu.
Gdy wychodził z kabiny, to się poślizgnął na mydle.
Z bolącą ręką, rozbitym czołem zakładał koszulę i urwał 2 guziki.
Suwak w rozporku mu się zaciął, sznurówka się urwała.
Nie zauważył, że włożył dwie różne skarpetki.
Samochód nie zapalił, bo nie wyłączył świateł na noc-padł akumulator.
Myślicie, że to koniec? A gdzie tam!!!
Tramwaj, którym pojechał, wypadł z szyn.
Wreszcie gdy dotarł na stację kolejową, to wsiadł do pociągu, w odwrotnym kierunku niż zamierzał jechać.
Zorientował się dopiero po trzech godzinach jazdy, gdy konduktor sprawdzał bilety.
Myślał, że to koniec, ale czekając na powrotny pociąg, przysnął na dworcu.
Gdy się obudził, nie miał walizki, z którą podróżował.
Całkowicie zdesperowany wyszedł na miasteczko, a że deszcz niedawno padał, ulica była cała w wodzie.
Nie było w tym nic dziwnego, że taksówka go doszczętnie ochlapała.
Po jakimś czasie chłopina myślał, że szczęście wróciło, bo spotkał anioła i zakończy dzień przynajmniej szczęśliwie
Ale gdzie tam-złapał wszy łonowe.
Mało tego to jeszcze u tej niby anielicy w trakcie posiedzenia na kibelku ugryzł go w kutasika szczur, który obrał tę drogę na wyjście.
Widzę wyraźnie, że mam jakiś taki strach u siebie, gdy siadam na tronie
Zapraszam na mojego bloga
