Troszkę tak na zapas odpoczywam, mogę leniuchować do woli, nic mnie nie zmusza do wyjścia z domu, a nawet gdyby było coś pilnego do roboty, to nie idzie tego na takim deszczu robić. Trawa nie rośnie, nie koszę. Sadzić, siać, pielić za wcześnie to przecież zima. Kopać, przekopywać ziemia twarda a może i nie ale dla samego samopoczucia nie będę sprawdzał, bo po co psuć tak pięknie w mój w głowie ułożony plan (bo może już odmarzła). Sprzątanie na gospodarstwie po zimie jeszcze za wcześnie a nóż zima wróci i cały wysiłek będzie zmarnowany. Dochodzę do wniosku, że ładna pogoda jest przereklamowana, no bo co ona nam przynosi tylko praca, pocenie wysiłek zmęczenie i ból, nawet na samą myśl co bym musiał robić, czuje się wykończony. Teraz nie uświadczysz komara, szerszenia, czy też muchy w mieszkaniu, nie wspomnę już o tej reszcie draństwa czyhającej za drzwiami, wyczekujące, by mi umilić życie. Wychodząc z domu, gdy już mnie coś do tego zmusi to, ten spokój, błogą ciszę nie ma traktorów, kosiarki nie hałasują kombajny pochowane. W mieszkaniu, gdy się poruszam to zawsze tą samą trasą, Łóżko, lodówka, kibelek, co mnie na tej trasie może złego spotkać?. Wiem, powie ktoś, że w domu muszę odkurzać, a po co ?. Kurz wszędzie leży to i ja mogę poleżeć. Kilka osób bardzo mnie połechtało, porównując to moje gryzmolenie do utworu literackiego. Ktoś kiedyś nazwał mnie poetą. Podchodzę do pisania jak do kochanki. Piszę (mówię), wygładzam (pieszczę), szukam pięknych słów (wyznaję), no i to zakończenie, ta ekstaza, ta radość, gdy widzę uśmiech, emotikonki i wtedy wiem, że podobają się opisywane przeze mnie historyjki, a w szczególności niespodziewany finał. Czasami i smutek gości na mojej twarzy, ale to nie dlatego, że dostaję krytyczną uwagę, tylko że mam takich znajomych, którzy nie łapią, o co tam chodzi. Czasami jak mnie najdzie, to jestem jak ta Pelagia z fabryki bombek, piszę, a potem wymazuję lub do kosza. Lubię pisać, jest to taki rodzaj rozmowy samego z sobą. Są ludzie, którzy mówią do siebie, ja piszę, mam z tego niebywałą frajdę, gdy potem to czytam. Czasem poprawiam, wstawiam nowe słowa, śmieję się, gdy coś mądrego napisze lub uznam, że po prostu jest super tekst. Nieraz nawet nim się pochwale. I dostaję miłe komentarze. Czy takie pochlebstwa dają mi jakiegoś kopa? Jasne, że tak, kto nie lubi być chwalony. Uważam pisanie za dobry trening mózgu, jednak nad tekstem należy pomyśleć przez chwilę. Czy ja myślę, raczej tak, przelewam na papier, to co jest w mojej głowie w danej momencie? Czy ma jakiś sens moje pisanie? Oczywiście, że tak. Nawet jeśli chociaż jedna osoba uśmiechnie się i poprawię jej humor. Czy czytający mój tekst musi myśleć ? Jasne, że tak, bo musi wysilić umysł i przewidzieć co będzie na końcu tekstu. A tu niejednokrotnie na zakończenie, niespodzianka i to taka, której nikt nie przewidział… Tak, na razie nasuwa mi się tylko to, że może mi coś się poprzestawiało w mózgu. Może pora jest się zwrócić o pomoc do specjalisty… Wiem, że wielostronność wiedzy może zaszkodzić, a tym bardziej, jeśli nie ma z kim na ten temat porozmawiać. To tragedia… Może zakończę. Wena mi zwiała.
