Kilka osób bardzo mnie połechtało, porównując to moje pisanie do utworu literackiego. Ktoś kiedyś nazwał mnie poetą. Podchodzę do pisania jak do kochanki. Piszę (mówię), wygładzam (pieszczę), szukam pięknych słów (wyznaję), no i to zakończenie, ta ekstaza, ta radość, gdy widzę uśmiech emotika. Podobają im się opisywane przeze mnie historyjki, a w szczególności niespodziewane zakończenia. Czasami i smutek gości na mojej twarzy, ale to nie dlatego, że dostaję krytyczną uwagę, tylko że mam takich znajomych, którzy nie łapią, o co tam chodzi. Czasem jak mnie najdzie to jestem jak ta Pelagia z fabryki bombek piszę, a potem wymazuję lub do kosza. Lubię pisać, jest to taki rodzaj rozmowy samego z sobą. Są ludzie, którzy mówią do siebie, ja piszę, mam z tego niebywałą frajdę, gdy potem to czytam. Czasem poprawiam, wstawiam nowe słowa, śmieję się, gdy coś mądrego napisze lub uznam, że po prostu jest super tekst. Nieraz nawet nim się pochwale. I dostaję miłe komentarze. Czy takie pochlebstwa dają mi jakiegoś kopa? Jasne, że tak, kto nie lubi być chwalony. Uważam pisanie za dobry trening mózgu, jednak nad tekstem należy pomyśleć chwilę. Czy ja myślę, raczej tak, przelewam na papier to, co jest mojej głowie w danej chwili? Czy ma jakiś sens moje pisanie? Oczywiście, że tak. Nawet jeśli chociaż jedna osoba się uśmiechnie na chwilę, poprawię jej humor. Czy czytający mój tekst musi myśleć ? Jasne, że tak, bo musi wysilić umysł i przewidzieć co będzie na końcu tekstu. A tu niejednokrotnie niespodzianka ,na zakończenie której nikt się nie spodziewał… Tak na razie nasuwa mi się tylko to, że może mi coś się poprzestawiało w mózgu. Może pora jest się zwrócić o pomoc do specjalisty… Wiem, że mnogość wiedzy może zaszkodzić, a tym bardziej, jeśli nie ma z kim na ten temat porozmawiać. To tragedia… Może zakończę. Wena mi zwiała…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.